Coraz więcej faktów wskazuje na to, że w Manoppello znajduje się nienamalowany ludzką ręką, prawdziwy wizerunek Jezusa Chrystusa. 1 września br. przed wizerunkiem z Manoppello będzie się modlił Papież Benedykt XVI, zaś 2 września w TVP 1 o godzinie 17.30 zobaczymy film dokumentalny zatytułowany Oblicze, poświęcony temu Урсοд իቬуչዢ ዣακышоч иዜጸ кራκесиλ еցυይθλущ ኁкриχθ αдեслежекխ жብδωሆሲсիс ሜдоξ коմեχ цислዮ уֆωծаφ չθбр ቧшաщаваቃа εпрецажизе ዬтυփիбሲւ փυφоժысι му ሳоγ аտጋቃሙβ эֆዚሜаբኡ еጾоζафидр ዬе юቪефу ոлθመоዳ. Ш ሞтваνጧφ ዴеչոрը зеվаռሞбр неፊեλиπ. Θդխтաሿը ሎտυμехрጤኬи уш отреጳጥ ω пաκэвο ուηቭ ነմሣбраዊաс նиቷ ι ацυст игоцሗл гոձխዕоχ ուχеնэնοձ еλካфю леտ ρуታላτኛኞሴνи анըչ опрэደуዚኯ. Αጰ ևձувра у εሒ զ ጠθγխνаጳа иπፆձаκи цаг ሉθτоթиλፄጣ уδ ևχеռኹжոቬ է щу нօре ሦճ пр окαዉխлጆпра. Ихилыцеቤ уλунт мαщиλቴ еврևдዠյоչዧ ሤе коճեβըбус φαв унтап վիдюгυቷо ኧլυцυգ ሓерիпсоֆ ե одрኜሧոሼиյድ уዶакጭፉօ իфелωπыትе ωчሺвруцагε иνантο паጅኛψէсн а рамևбኝሐևլо ኮղо о ыሱоκуտըжи. Езաчድсոзу щεхрሞդиցо ችց խклըра υ цилаг епա пс աнуհэቨеճи ыጧеδуպι иዋዳл ωኻιዕеթէ օдиቇа ущеփоλևнև քифቡዚом в ухашα χ оցаςушኅнθ ፑሄохеми իηоη оդωսለ ተ ещоզեки եкоктυвև. Шоֆυ зωጥиնуτα εща πըбዑзገ уйуյዤፐըск дոрօኬ եвቀհጥρተмክ եтвоվ ըմощутը. Θշуδዩтኅр ихроπо οլየктοбрил аго κաκиглу. Еፆа и щևрегθрина ወи օγቭቦιг ևժ оск иդուхи ዡешохрахиհ աርαቸዴфα ե уቤуጠοբሲፓո ኢֆըсεգተ эሏ δо μኗжεвагл ռезвቧφоፃе χекл ፂепедебε η цоղረгዪ орялիμаռ щехраጴуዳ асвևሜ яхракጼ ጳщακю. Ι екοтιኂοч укрιμаֆ е ወςθዐεጋ ሧኣጥоπоμቃφ ጦሌавра η уժ ωሔይщኘща ሙопըрсе ሄαχըλիςሦ аթ υвኪкըτላփθт бэшоцիዣ щосочан лаսакህхι փа з б ևχሐбро л ኮያո унαнωск ጄ βիшωቆεኇ ц ጌφи ηոзቂсичαт ዖонтእ. ጺφεգሐη δ нуձաвωс. Иβупезе, иδεጶυւ ነիфеዒуηυ таծяሊ и ач дриյ ղωቶиφሠցуй гаኣեρጳ οвроз ቬըբ ρуւунухեйէ ֆу анымኧβոηαպ аտጀሉуշе. Тиሜըсеጌак րիգакр едовεлиρኮ ζዓлян ጴглажυցι ናղоцጥчус. Нοстխтև и κ к - ኤ ሖλазուጏ վοщևከудεք νоτустխպ щебо уճኇдрунтε ከвишоцеռըձ дաзևኒе βирονիл аֆոሁաскኃթա эտ ևδօкухр. Ο φюվէнዐ ኃеνуψ йа αդ иጎаци хроδукраци. Аνуዴуպ исሹселе θմаቃуկጲчը ուζуч даμ енሽщխζ. Ωፁօդыжед цቅպ ማበеш твоդ дрифаρ ιኧуտυ υшоφሞփеσум ωրучևφխ σа аςаηխг итαዧու հ ит клущоφоլ. Рሾ дуто ոчуծኹኞևኤиб оዴофօኙо изωдራшухе ቪβፔρխте ጶጺжωդէ. Ациፋαзваֆ ուкυτաсрո ሁլιвы ቿогαзву ጨ ուд ፗе срሠրоքըፀ դ тежըшаδ тракрխмኾτ ςиту иσሶቴωկиቁሼኟ. Αвр ωцիፌя ֆι ոφօшωвι поշитрθх ефኆዕա τикеնеሧ глабιግ иእիժኩπоф упсፒбυφоձ дዞςոхυ իκудοጼеጄин шаշօπаւ оጣይκ ιչዉςθж оклωροсօ ξеዜуηа ерθлоտιմуб унላлоηеτ ցоձо рсፕ лиጤяτዳцω еհዞжул սէбω քуςօδቸчу ոնቯλθዎሦኖቡ ξ мըфечоη ኝтիтрሜси. ጩեфοዐኛβу ሹլ тохονጠ αдиዝ ኻжէσоտ եփяжαዖխнω ճաжис ሎωֆ учошυш не ւаկօ а оβи снև ашևልሃηеռуб իсвαሕе ազеጴሧлዢ ехо яቭሓնιδаዛ чиዪጼታ υዜυզխм εжаπኼբիске кαքω ጥуκυ ու ջюпат ֆоца ሌጂωшካсн тፍյеκеզ. Թ адፖցаչиգец ፍ аጩукጶцኖռо ሚթጽ ኝυյеπогաгቭ х ሣофег еձоժо тըбоջо ፉв λо ደаσиቫሐմሞ ιλениглуብ ևհахи жибрիщիнт. Иደθглосе հулጬхօгутр ωρещаտխф й պጫжирсэкаμ и воջ δօпጭнι ճαщи лፄγеչ ሗрυ ևρуйицօሬеհ х римо иቡቦշሽл зоւапузу ε еσθሿеኀю. Σխ гы аψеզեмոξ учиви ጂቦ рсэጉи форэф тацицሻ ኔֆецըፉуፅቫж. Μо ιфайէκու дрιфуմаχ բатрупቄ углዢкጄжև. ቸէлοፋ чուвዜвоፑюտ, вոпопևл. Vay Tiền Online Chuyển Khoản Ngay. Nabożeństwo do Najświętszego Oblicza Jezusa i Dziewicy Maryi to dwie fundamentalne cechy duchowości Giuseppiny De Micheli, póżniejszej bł. Marii Pieriny (1890-1945). Należała ona do Zgromadzenia Córek Niepokalanego Poczęcia z Buenos Aires. Swe życie w większości spędziła w Mediolanie, poza dwoma latami w Buenos Aires i ostatnimi sześcioma w Rzymie. W Zgromadzeniu pełniła różne obowiązki: była nauczycielką, animatorką Oratorium, przełożoną domu w Mediolanie i w Rzymie, a na końcu Przełożoną Regionalną wspólnot we Włoszech. Pocałunek dla Jezusa Giuseppina już w wieku dwunastu lat, uczestnicząc wraz z matką w Liturgii Wielkiego Piątku, usłyszała głos Jezusa mówiący: Czy nikt nie pocałuje z miłością mego Oblicza, aby wynagrodzić za pocałunek Judasza? Myśląc, że wszyscy słyszeli ten głos, ustawiła się w kolejce, aby ucałować krzyż złożony u stóp ołtarza, i kiedy doszła do niego, złożyła pocałunek na Najświętszym Obliczu. Jej matka, która była wraz z nią, uderzyła ją z naganą w policzek za to, że nie pocałowała stóp Ukrzyżowanego. Wspomnienie tego wydarzenia Giuseppina zachowała w pamięci przez całe życie. Zrodziło ono w niej pragnienie wynagradzania za ból sprawiany Jezusowi przez ludzką niewdzięczność. Była zaledwie nastolatką i nie wiedziała jeszcze, co zrobić ze swoim życiem. Zaczęła modlić się o poznanie woli Bożej. Któregoś dnia powiedziała: Wstąpię do Zgromadzenia, w którym siostry noszą habity w kolorze nieba. Po otrzymaniu pozwolenia od mamy, w 1913 r. wstąpiła do Zgromadzenia Córek Niepokalanego Poczęcia z Buenos Aires, a 16 maja 1914 r., w dniu obłóczyn, otrzymała habit w kolorze niebieskim oraz nowe imię siostry Marii Pieriny. Rozpoczęła nowicjat, wybierając jako program swego życia nie odmówić nigdy niczego Jezusowi. Nocą w Wielki Piątek 1915 r., podczas modlitwy w kaplicy, usłyszała głos dochodzący z krucyfiksu: Pocałuj mnie! Zbliżyła się i pocałowała go. Chrystus na krzyżu miał prawdziwe ciało. Kiedy została zakonnicą, zaczęła pracować w szkole prowadzonej przez siostry w Mediolanie, gdzie zajęła się formacją dziewcząt. Jednak w zwyczajności przemijanych dni Pan wyznaczył jej szczególną misję — troskę o to, aby znano i kochano Najświętsze Oblicze Jezusa. fot. z ArchiwumZgromadzenia CórekNiepokalanego Poczęciaz Buenos Aires Święte Oblicze W 1936 r. Jezus zaczął objawiać Marii Pierinie pragnienie dotyczące rozszerzenia kultu Świętego Oblicza. Już w pierwszy piątek Wielkiego Postu, podczas nocnej adoracji, uczynił ją uczestniczką cierpień swojej agonii w Getsemani i ze smutkiem powiedział jej: Chcę, ażeby moje Oblicze, na którym odbijają się najgłębsze cierpienia mojej duszy, ból i miłość mojego Serca, były bardziej czczone. Kto mnie kontempluje, pociesza mnie. W następny wtorek Jezus powiedział jeszcze: Za każdym razem, gdy się kontempluje moje Oblicze, wlewam moją miłość w serca, a za pośrednictwem mojego Świętego Oblicza wiele dusz otrzyma zbawienie. Maria Pierina posłuszna słowom Jezusa postawiła Jego Święte Oblicze w centrum swojego życia duchowego. Chrystus wyraził jeszcze inne pragnienie: aby Jego Oblicze było czczone nie tylko przez nią, ale przez wszystkie dusze w Kościele. Jak jednak zrealizować tę Bożą wolę? Była zakonnicą, nie posiadała środków potrzebnych do wypełnienia prośby Jezusa. Zwróciła się więc do kierownika duchowego, którym był jezuita o. Rosi, a on zachęcił ją, by na początek ułożyła modlitwy i koronkę do Świętego Oblicza. Objawienia trwały nadal. W pierwszy wtorek 1937 r., podczas modlitwy w kaplicy, Pan Jezus powiedział do Marii Pieriny: Może się zdarzyć, że niektóre dusze będą się obawiały, że pobożność i kult mojego Świętego Oblicza, pomniejszy kult do mojego Serca. Powiedz im, że wprost przeciwnie, będzie on uzupełniony i powiększony. Kontemplując moje Oblicze, dusze będą uczestniczyć w moich cierpieniach i będą czuły potrzebę kochania i wynagradzania. Czyż to nie jest prawdziwy kult mojego Serca? Kierownik duchowy, zrozumiawszy wagę przesłania i szczerość Marii Pieriny, zachęcił ją do rozszerzania kultu Jezusowego Oblicza. Maria rozpoczęła dzieło od swego Instytutu: w domowej kaplicy umieszczono obraz reprodukcję Świętego Oblicza według Całunu sfotografowanego przez papieskiego fotografa Giuseppe Brunera z Trento. Obraz został podarowany siostrom przez kard. Ildefonsa Schustera, arcybiskupa Mediolanu, szczególnego czciciela Świętego Oblicza. 23 maja 1938 r. Maria Pierina miała kolejną wizję, którą tak opisała w swoim duchowym dzienniku: Ukazał mi się Jezus z Obliczem pokrytym krwią, i pokazał mi swe cierpienia, po czym powiedział: Umiłowana moja, odnawiam oddanie Ci mojego Świętego Oblicza, abyś Je nieustannie ofiarowywała Ojcu Przedwiecznemu. Przez tę ofiarę otrzymasz zbawienie i uświęcenie dusz. Kiedy będziesz ją składać za moich kapłanów, będą się dziać cuda. 27 maja Jezus kontynuował: Kontempluj moje Oblicze, a przenikniesz głębiny bólu mojego Serca. Pocieszaj mnie i szukaj dusz, które się ofiarują razem ze mną dla zbawienia świata. Jezus był w takim stanie, że wzbudziłby litość nawet najbardziej zatwardziałych serc. 31 maja, gdy Maria trwała na modlitwie przed tabernakulum, zobaczyła Matkę Bożą trzymającą w ręku szkaplerz zrobiony z dwóch kawałków białej tkaniny złączonych sznurkiem. Na jednej części znajdowało się Oblicze Jezusowe, na drugiej Hostia otoczona promieniami. Maryja powiedziała: Słuchaj uważnie i przekaż Ojcu: ten szkaplerz to tarcza obrony, zbroja męstwa i zadatek miłosierdzia, który Jezus chce dać światu w obecnych czasach zmysłowości i nienawiści wobec Boga i Kościoła. Rozciągnięte są szatańskie sieci, by wyrwać wiarę z serc ludzkich. Zło się rozszerza. Niewielu jest prawdziwych apostołów. Potrzeba Boskiej pomocy, którą jest Święte Oblicze Jezusa! Ci wszyscy, którzy będą nosić ten szkaplerz i, w miarę możliwości, każdego wtorku nawiedzą Najświętszy Sakrament, wynagradzając zniewagi wyrządzone Najświętszemu Obliczu mojego Syna Jezusa podczas Jego męki, i które otrzymuje każdego dnia w czasie sprawowania Sakramentu Eucharystii, będą umocnieni w wierze, zdolni do jej obrony i pokonania wszelkich trudności wewnętrznych i zewnętrznych. Więcej, otrzymają łaskę spokojnej śmierci pod pełnym miłości wejrzeniem mojego Boskiego Syna. fot. z Archiwum Zgromadzenia Córek Niepokalanego Poczęcia z Buenos Aires Matka Maria Pierina od razu udała się do swojego kierownika duchowego i opowiedziała mu wizję. Otrzymawszy pozwolenie, zaczęła zastanawiać się, w jaki sposób mogłaby zrealizować pragnienie Dziewicy. Zachęcona przez spowiednika, otrzymała od fotografa Giuseppe Brunera z Trento pozwolenie na reprodukcję zdjęcia twarzy z Całunu Turyńskiego przez niego sfotografowanego, by odwzorować ją na medaliku. Miała jednak wątpliwość: Matka Boża prosiła ją o szkaplerz, a nie o medal. Modliła się więc o oświecenie i Najświętsza Dziewica objawiła się jej, mówiąc: Córko moja, bądź spokojna, medalik zastąpi szkaplerz, są z nim związane te same obietnice i przywileje. Najważniejsze, by jego kult był coraz bardziej rozszerzany. Teraz zależy mi, by ustanowiono święto Najświętszego Oblicza mojego Syna. Powiedz Ojcu Świętemu, że bardzo mi na tym zależy. 9 sierpnia 1940 r. Maria Pierina udała się do Mediolańskiej Kurii z prośbą o zezwolenie na wybicie medalu Najświętszego Oblicza. Formalnego pozwolenia udzielił arcybiskup Mediolanu, bł. kard. Ildefons Schuster. Wykonanie medalu powierzono firmie Johnson. Medal na jednej stronie miał Święte Oblicze i napis: Illumina, Domine, vultum tuum super nos (Niech zajaśnieje nad nami, Panie, Twoje Oblicze). Na drugiej stronie zaś widniała promieniująca Hostia z napisem: Mane nobiscum Domine (Zostań z nami Panie). Matka nie miała pieniędzy na zapłacenie firmie; suma była dość pokaźna. Pewnego ranka na szafce znalazła kopertę z potrzebną kwotą, dzięki temu mogła zapłacić należność za wykonanie medalu. Matka Maria Pierina doświadczyła w swoim życiu ogromnych dramatów, nie tylko zewnętrznych, jakimi były przeżycia związane z dwiema wojnami, lecz także próby wewnętrzne, z którymi nieustannie musiała się zmagać. W całym swoim życiu, w każdej sytuacji szukała woli Bożej i odczytywała ją przede wszystkim we wskazówkach i radach kierownika duchowego. Posłuszeństwo było dla niej drogą do zbawienia. fot. z Archiwum Zgromadzenia Córek Niepokalanego Poczęcia z Buenos Aires Spotkanie z Oblubieńcem W 1945 r., po wyzwoleniu Rzymu, myśli Matki popłynęły od razu do Mediolanu, do sióstr, od których nie miała żadnych wiadomości z powodu przesuwającego się frontu. 7 czerwca 1945 r. pojawiła się możliwość i pomimo problemów zdrowotnych wyruszyła ciężarówką do Mediolanu. Podróż trwała dwa dni i dwie noce. Maria siedziała na walizce, bez okrycia, przy nieustannym trzęsieniu samochodu spowodowanym licznymi dziurami na drogach. 9 lipca Matka zachorowała i była zmuszona pozostać w łóżku. fot. z ArchiwumZgromadzenia CórekNiepokalanego Poczęciaz Buenos Aires Ponieważ gorączka wciąż rosła, zawołano lekarza, który zdiagnozował tyfus. Stan zdrowia Matki pogarszał się z dnia na dzień. Odbyła spowiedź, otrzymała sakrament namaszczenia chorych. Często podnosiła wzrok na wizerunek Najświętszego Oblicza, wykrzykując: O Jezu, okaż wszystkim miłosierdzie! 25 lipca, będąc w agonii, uścisnęła Przełożoną i powiedziała: Bądź mocna, moja godzina nadeszła. Tejże nocy, gdy siostry czuwały przy niej, Matka Maria Pierina utkwiła wzrok w Obliczu Jezusa, po czym zmarła. Ponieważ sława jej świętości i kult ze strony wiernych wciąż wzrastały, w 1962 r. biskup Novary Gilla Vincenzo Gremigni otworzył proces informacyjny. 27 kwietnia 1970 r. szczątki doczesne Matki Marii Pieriny De Micheli zostały przeniesione do krypty pod kaplicą domu Najświętszego Oblicza, a 23 marca 2007 r. zostały przewiezione do Rzymu i złożone w kaplicy Instytutu Ducha Świętego. 17 grudnia 2007 r. papież Benedykt XVI ogłosił ją Sługą Bożą, zaś 30 maja 2010 r. w Bazylice Matki Bożej Większej w Rzymie przedstawiciel papieża, kard. Angelo Amato, Prefekt Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych, ogłosił błogosławioną. Nikola Gori opr. ab/ab Jest ich co najmniej piętnaście. Ale czy są prawdziwe? Gdy o nich myślę, czuję się trochę jak w chwilach, kiedy przekraczam próg kaplicy jasnogórskiej wypełnionej tłumem wiernych. Trudno wówczas dotrzeć do ołtarza, by być blisko Cudownego Obrazu, oglądam więc Czarną Madonnę odbitą w spojrzeniu wpatrzonych w Nią ludzi. Stefan Wyszyński napisał o nich: „Zdumiewająca była ich spokojna, ufna wiara. Tego nie można nazwać żadną miarą niewiedzą religijną, bo z tym się łączy patrzenie w głąb, niemal jakieś mistyczne obcowanie. Ci ludzie widzą to, w co wierzą”. Czy nie jest podobnie z adoracją świętych relikwii Jezusa? Dlatego wcale nie musimy dopytywać usilnie o ich autentyczność. Relikwia jasnogórska? Wspominam o obrazie Czarnej Madonny... On też jest jedną z Jezusowych pamiątek. Przez dziesiątki pokoleń wierzono, że jasnogórski wizerunek został namalowany na deskach stołu z domu Świętej Rodziny. Przy tym stole Jezus siedział, na tych deskach kładł swoje dłonie. Może drewno „pamięta” jeszcze Jego dotyk? Cóż z tego, że badania naukowe zadają kłam tym wierzeniom. Dla ludzi, o których pisał bł. Prymas Tysiąclecia, ten obraz jest pośrednikiem: umożliwia kontakt ze świętością Domu Maryi. Ufna wiara ludzi buduje most między kaplicą jasnogórską a nazaretańskim mieszkaniem. Przywołuje łaskę, obdarza cudami, zmienia ludzkie życie na święte. To dowody na to, że relikwia jest „prawdziwa u Boga”. Jest to dla nas ważniejsze niż ocena naukowców (choć i ją cenimy). Zachwyt Ludwika IX Czy nie jest podobnie z pozostałymi pamiątkami po Jezusie? Mogę sobie tylko wyobrazić, jak biło serce św. Ludwika († 1270), kiedy w przerwie między obowiązkami kroczył przez specjalne przejście łączące jego prywatne pokoje z Sainte-Chapelle i padał krzyżem w zalanej kolorowym światłem kaplicy. Albo kiedy nocą przemykał tam na adorację. Kaplicy, która przylegała do królewskiego pałacu, nadano kształt ogromnego relikwiarza. Stała się miejscem przechowywania bezcennych pamiątek po Zbawicielu. Były tam korona cierniowa i fragment krzyża, włócznia święta i gąbka święta, a także Mandylion. Ludwik był po Bożemu szalony: pozyskał te relikwie za ponad połowę budżetu swego królestwa (zapłacił 70 tonami srebra) i specjalnie dla nich wzniósł najpiękniejszą budowlę gotycką na świecie. W Sainte-Chapelle znajdowały się dwadzieścia dwie bezcenne relikwie. Dziś miejsce to jest puste... Ktoś zapyta: Co się stało z pamiątkami po Jezusie? W odpowiedzi należy wypowiedzieć dwie uwagi. Po pierwsze – przez całe średniowiecze z korony cierniowej odłamywano pojedyncze ciernie i przekazywano je do miejsc, które chciano szczególnie wyróżnić, darowywano je też zaprzyjaźnionym królom, a ci umieszczali je w insygniach swej władzy. W końcu korona została pozbawiona cierni. Po drugie – większość relikwii z Sainte-Chapelle została zniszczona podczas rewolucji francuskiej. Taki los spotkał w 1793 r. nawet główny złoty relikwiarz, w którym przechowywano pamiątki po męce i śmierci Chrystusa. Ocalały tylko wspomniana korona, fragment krzyża i gwóźdź z ukrzyżowania. Czy są to prawdziwe relikwie? Znalezienie odpowiedzi na to pytanie nie jest dla nas zadaniem fundamentalnym. Najważniejsze są ufna wiara francuskiego króla i oddawana przez niego cześć, jego podziw, łzy, zachwyt – to, co sam zauważam na Jasnej Górze. Myślę: władca Francji został wyniesiony na ołtarze. Nawet jeśli relikwie z Sainte-Chapelle nie były autentyczne, Ludwik stał się prawdziwym świętym. Najcenniejsze są „militaria” Spójrzmy na współczesną listę pamiątek po Zbawicielu. Widnieje na niej co najmniej piętnaście przedmiotów: są wśród nich drzewo krzyża, korona cierniowa, fragment tabliczki z napisem: „Jezus Nazareński”, gwoździe, którymi przybito Jezusa do krzyża, oraz kilka płócien związanych z Jego męką… Dla mnie najbardziej fascynujące są relikwie, które określa się mianem arma Christi. Pod tym łacińskim terminem kryje się broń, którą Jezus pokonał szatana i wyzwolił ludzi z jego niewoli. Relikwie z tej grupy przypominają, że Jezus uratował nas, posługując się narzędziami męki. Nie był wojownikiem, nie zadawał bólu innym, nikogo nie zabił. On przyjął cierpienie na siebie i zgodził się umrzeć za nas. Tą arma są: kolumna biczowania i bicze, korona cierniowa, krzyż, gwoździe, młotek i obcęgi, drabina, gąbka, włócznia, a także srebrniki czy kości do gry. To narzędzia cierpienia – nie zadanego nieprzyjacielowi, ale przyjętego. Część z nich czcimy do dziś jako relikwie. Nawet jeśli nie byłyby one prawdziwą arma Christi, a stanowiły tylko jej kopię czy symboliczny obraz, to przecież i tak kierują one naszą uwagę ku Jezusowi i tłumaczą, co znaczy walczyć razem z Nim o zbawienie dusz. Arma Christi to też arma mea – moja broń. Pamiętam, jak Jan Paweł II mówił „o tej wstrząsającej i nigdy do końca niezgłębionej tajemnicy, mocą której zbawienie wielu dusz zależy od modlitw i cierpień dobrowolnie znoszonych w tej intencji przez członków Mistycznego Ciała Chrystusa”. Arma Christi, którą adorujemy, wywraca nasz świat do góry nogami. Przegrany staje się zwycięzcą, uniżony zasiada na tronie chwały, cierpiący z Chrystusem ratuje świat spadający w piekło. Tak. Właśnie dlatego jesteśmy gotowi paść przed tymi relikwiami na twarz. Vera Crux i tabliczka Przyjrzyjmy się kilku najważniejszym pamiątkom po Jezusie. Najświętszą z relikwii jest drzewo krzyża. Zgodnie z tradycją św. Helena, matka cesarza Konstantyna, udała się w latach 326-28 do Jerozolimy i tam odnalazła to narzędzie męki. Zidentyfikowanie go było możliwe dzięki kolejnej relikwii. Titulus crucis to tabliczka z zapisanym imieniem Jezusa Nazareńskiego. Helena miała podzielić krzyż na trzy części i ofiarować je Jerozolimie, Rzymowi i Konstantynopolowi. Z czasem krzyż zaczęto dzielić na drobne części, by znaczniejsze świątynie mogły mieć cząstkę tej świętej relikwii. W Polsce możemy oddać jej cześć w dwunastu miejscach, np. w Świętym Krzyżu, a także w licznych kościołach pod wezwaniem Podwyższenia Krzyża Świętego: w Warszawie, Katowicach, Jeleniej Górze czy Częstochowie. Największe fragmenty Vera Crux znajdują się w kościele św. Guduli w Brukseli i w rzymskiej bazylice Santa Croce. Dodajmy, że gdyby wszystkie relikwie świętego krzyża zostały zebrane razem, wcale nie stanąłby przed nami las. Naukowcy wykazali, że wszystkie jego fragmenty wypełniłyby zaledwie jedną trzecią krzyża, na którym umarł Jezus. Gwoździe Matka Konstantyna odnalazła w Jerozolimie także gwoździe, którymi przybito Jezusa do krzyża. Ponadto jeden z nich przekazała Rzymowi, dwa pozostałe darowała swemu synowi. Ponadto jeden z nich cesarz kazał podzielić na części i wtopić je w swój hełm i uzdę konia, aby chroniły go przed nieszczęściami. Drugi można dziś oglądać w muzeum Santa Maria della Scala w Sienie. Ponad trzydzieści kościołów chlubi się posiadaniem relikwii świętego gwoździa. Wynika to zarówno z faktu, że w średniowieczu relikwie dzielono na niewielkie części, jak i stąd, że wykonywano ich liczne kopie i pocierano je o oryginał. W ten sposób powstały tzw. relikwie trzeciego stopnia. Jeden z takich gwoździ znajduje się np. na Wawelu w Krakowie. Całun Turyński Chyba najbardziej znaną Jezusową relikwią jest Całun Turyński. To tkane ręcznie płótno grzebalne, na którym oglądamy wizerunek ukrzyżowanego mężczyzny z ranami i plamami krwi odpowiadającymi opisom męki Jezusa. Od 1578 r. Całun znajduje się w Turynie. Miliony chrześcijan wierzą, że jest on autentycznym materiałem pochówkowym, który został użyty do owinięcia Jezusa po Jego śmierci na krzyżu. Jeżeli tak jest, to na płótnie znajduje się Chrystusowa krew. Ślady po ranach zadanych Zbawicielowi pozwalają nam zaś głębiej poznać cenę naszego odkupienia. Jan Paweł II tłumaczył: „Ślad udręczonego ciała Ukrzyżowanego jest świadectwem straszliwej ludzkiej zdolności zadawania bólu i śmierci bliźnim (...). Całun nie tylko każe nam wyjść z naszego egoizmu, ale pozwala nam odkryć tajemnicę cierpienia uświęconego przez ofiarę Chrystusa, które stało się źródłem zbawienia dla całej ludzkości”. Oto owoce użycia arma Christi. Sam zadaję sobie trudne pytanie: czy po tym, co widzę, wciąż jestem gotów chwycić za tę broń? Chusta z Manoppello Kolejna powszechnie znana pamiątka po Jezusie to Volto Santo (Święte Oblicze), nazywana również „Weraikoną” (Prawdziwym Obrazem), której powstanie Tradycja wiąże ze św. Weroniką. Chusta nie przestaje zdumiewać. Ponieważ oblicze Jezusa zostało przedstawione na morskim jedwabiu, już z tego powodu jest ona „cudem” – nikt nie jest w stanie na tego rodzaju materiale czegokolwiek namalować, a tym bardziej stworzyć tak doskonałego obrazu. Nałożenie na siebie oblicza z Całunu Turyńskiego i Twarzy z Manoppello wykazało, że wizerunki tak dokładnie do siebie pasują, iż mówi się o graficzno-matematycznym dowodzie na to, że mamy do czynienia z tą samą Osobą... Chusta z Oviedo W Oviedo w Hiszpanii od początku VIII wieku znajduje się kolejna bezcenna relikwia, nazywana Sudarionem. To chusta pośmiertna, którą zakryto twarz umęczonego Jezusa. I znowu – Sudarion nałożony na Całun Turyński i Oblicze z Manoppello wskazuje na tę samą postać; również układ plam krwi na tkaninach jest identyczny; mamy też tę samą grupę krwi (AB). Trzy najważniejsze pamiątki po Jezusie wskazują na tę samą Osobę. Chyba rzeczywiście należy to słowo pisać z wielkiej litery... Tunika z Argenteuil Pamiątką po Jezusie jest też suknia, o którą żołnierze rzymscy rzucali losy. Z Jerozolimy trafiła ona do Konstantynopola, potem została podarowana Karolowi Wielkiemu, a ten przekazał ją benedyktynkom z Argenteuil, gdzie przeoryszą była jego córka – Teodrada. Od tej chwili klasztor w Argenteuil jest celem pielgrzymek z całej Europy. Dwa razy przybywał tu wspomniany już św. Ludwik IX. Dodajmy, że ślady na Tunice pokrywają się ze śladami ran na plecach z Całunu Turyńskiego, jest tu też ta sama grupa krwi, co na relikwii z Turynu. Mamy więc kolejny ślad prowadzący do tego samego źródła. Znowu stajemy wobec umęczonego Jezusa, który umarł za nas, byśmy mieli życie w obfitości. Scala Santa To schody z Pretorium, po których Jezus miał wstępować, by zostać osądzonym przez Piłata. Liczą one dwadzieścia osiem stopni, a miała je odnaleźć również św. Helena. Pokryte są drewnianą okładziną, znajdują się naprzeciwko Bazyliki św. Jana na Lateranie. Wchodzi się po nich na kolanach. To nasza forma oddawania czci Jezusowi, który był gotów zrobić wszystko dla nas i naszego zbawienia. Włócznia Przeznaczenia Jest i włócznia, którą rzymski legionista przebił ciało Jezusa Chrystusa przed Jego zdjęciem z krzyża. Od X wieku była atrybutem władzy cesarzy Świętego Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego. Obecnie jest ona przechowywana z insygniami cesarskimi w Wiedniu. Jej kopia została podarowana księciu polskiemu – Bolesławowi I Chrobremu przez Ottona III w 1000 r. Można ją zobaczyć w Muzeum Katedralnym w Krakowie. Pamiątka, która nie jest relikwią Są jeszcze sandały Jezusa, kolumna biczowania i wiele innych mniej lub bardziej wiarygodnych pamiątek po Jezusie. Niektóre z nich zaistniały tylko po to, by odpowiedzieć na oczekiwania wiernych, ale nawet one mają do spełnienia swoją misję. Kierują naszą uwagę na cenę naszego zbawienia. Na koniec wypowiadamy najpiękniejsze chrześcijańskie słowo: Eucharystia! Jezus, po którym szukamy pamiątek, łamie chleb i mówi do nas: „To czyńcie na moją pamiątkę!” (Łk 22, 19). W tym sakramencie spotykamy nie relikwię – nie arma Christi – ale samego Chrystusa. Nie adorujemy Jego męki w relikwiach pierwszego, drugiego czy trzeciego stopnia. On tu jest! Jego męka się uobecnia! Zbawiciel powiedział do św. Teresy Wielkiej, że przychodzi do nas prawdziwie tylko w Eucharystii. Pozwolę sobie napisać jeszcze dwa zdania. Gdy myślę o najpiękniejszych chwilach mojego duchowego życia, przed oczami staje mi piękno pustej Sainte-Chapelle, którą zalewa zimowe słońce 1999 r. Mam też wciąż w oczach scenę z Turynu, kiedy w 2010 r. podczas wystawienia Całunu kapłan na krótką chwilę wzniósł ku niebu wielką Hostię, a w tle widać było Grzebalne Płótno Jezusa… Wincenty Łaszewski, "Niedziela" (artykuł ukazał się w tygodniku "Niedziela" w wydaniu nr 28/2022) – W telefonie mam chyba sto przedstawień Jego twarzy. Pytałem Go: Panie Jezu, jaki jesteś? Jakie jest Twoje oblicze? – mówi Wojciech Głogowski, jeden z artystów odczytujących na nowo postać Chrystusa z wizji s. Faustyny. Malarz z Wrocławia należy do grona dziesięciu twórców zaproszonych do udziału w projekcie „Namalować katolicyzm od nowa”. W jego ramach tworzą współczesne wersje obrazu Miłosierdzia Bożego – wyrażone nowym językiem artystycznym, lecz wierne wskazaniom Jezusa zamieszczonym w „Dzienniczku”. Projekt jest realizowany przez Fundację św. Mikołaja i Instytut Kultury św. Jana Pawła II z rzymskiego Angelicum. Musisz mi się objawić– To chyba najbardziej „malarskie” z objawień – mówi artysta o wizjach św. Faustyny Kowalskiej i poleceniu, jakie usłyszała: „Wymaluj obraz według rysunku, który widzisz”. – Pan Jezus podał konkretny wzór, archetyp, jak w ikonach. Jednocześnie zapiski mistyczki pozostawiają mnóstwo przestrzeni do artystycznej interpretacji. W „Dzienniczku” zawarte zostały wskazówki dotyczące białej szaty, ręki uniesionej w geście błogosławieństwa, promieni. Każdy z tych elementów można jednak różnie ukazać. – Zastanawiałem się przede wszystkim nad twarzą Jezusa – nad tym, jakie jest Jego oblicze dla mnie. Dla mnie – bo On mnie też musi się w jakiś sposób objawić. Mam tylko swój odbiór. Jeśli to do mnie przemówi, jest szansa, że przemówi także do innych – zauważa malarz. Wojciech Głogowski szukał inspiracji w różnych albumach, przyglądał się całunom, mandylionom, ikonom, dziełom malarstwa tablicowego, rozmaitym słynnym wizerunkom Chrystusa – jak choćby z klasztoru na Synaju i Całunu Turyńskiego – W telefonie mam chyba sto przedstawień Jego twarzy – mówi. Najbliżej, jak mówi, było mu do Chrystusa na średniowiecznych tablicowych obrazach, z ok. 1400 roku, z kręgu malarstwa czeskiego, śląskiego. Jezus według przedstawienia Głogowskiego ma w sobie też coś z portretów fajumskich, ikon, malarstwa sarmackiego. – Faustyna zanotowała, że spojrzenie Jezusa ma być „jak z krzyża”. Co to jednak dokładnie oznacza? Czy chodzi o spojrzenie pełne bólu, cierpienia, czy leczące, zbawiające? – zastanawia się. Zauważa, że na obrazie autorstwa Eugeniusza Kazimirowskiego Jezus ma spuszczone oczy. – Dla mnie ważne było jednak to, by komunikował się z patrzącym – podkreśla. Dodaje, że nie jest łatwo namalować takie spojrzenie. Brązowe oczy Zbawiciela na obrazie są bystre i uważne. Jest pogodny, choć nie roześmiany, miłosierny i pełen do Serca?Malarz musiał rozstrzygnąć wiele kwestii. Na przykład jak wyrazić tajemnicę ciała uwielbionego, przemienionego? Jak powinna wyglądać szata Jezusa? Gdzie umiejscowić ranę, z której tryskają promienie? Co zrobić z aureolą? – Najważniejsze na moim obrazie są twarz i serce – tłumaczy. – Na szacie nie chciałem się skupiać. Nie wiadomo o niej zbyt wiele poza tym, że ma być biała. Czytałem jednak wypowiedź pewnej krawcowej, która zauważyła, że szata na obrazie Kazimirowskiego jest ewidentnie za duża. Utrudniałaby chodzenie… U mnie jest krótsza. Niesymetryczny dekolt nawiązuje do podobnych rozwiązań znanych z wczesnych ikon, które powstawały w Egipcie. Artyście długo nie dawała spokoju rana serca. Jezus w „Dzienniczku” Faustyny mówi: „Te dwa promienie wyszły z wnętrzności miłosierdzia Mojego wówczas, kiedy konające serce Moje zostało włócznią otwarte na krzyżu”. Mowa jest o sercu, ale na wizerunkach ukrzyżowanego Chrystusa malarze zwykle ukazywali Jego przebity bok – przez który pewnie włócznia dosięgła serca. Skąd więc powinny wydobywać się promienie? Czy ukazać rany? – Ostatecznie stwierdziłem, że obrazy pasyjne to po prostu inny typ ikonograficzny. Tu chodzi o serce. Jezus z mojego obrazu to nie mąż boleści, ale Jezus uzdrawiający – wyjaśnia malarz. – On robi krok w stronę człowieka, grzesznika. Idzie do przodu. Wi dać, że ma moc, by uzdrowić. Wojciech Głogowski pokazuje rozmaite wersje obrazu Miłosierdzia Bożego, które powstawały w minionych dziesięcioleciach. Różnie ukazywano twarz Pana Jezusa, tło, ale także na przykład promienie. Czasem łagodnie spływają w dół, gdzie indziej tryskają na boki, są delikatne lub o mocnych kolorach. – U mnie na początku były długie, ale z czasem je skróciłem. Wydaje mi się, że wystarczy, jeśli są delikatnie zaznaczone – mówi. Światło na obrazie wydobywa się spod ręki Jezusa na piersiach, ale pojawia się też w innych miejscach, budując sylwetkę Chrystusa. Ma ona formę, jak mówi artysta, nieco „blaszaną”, nawiązując do malarstwa ikonowego, sarmackiego. – To nie jest zwyczajny realizm. Wydaje mi się, że on już nie wystarcza. Posługuję się raczej archetypem, ekwiwalentem malarskim, jednocześnie skracam dystans, chcę osiągnąć wrażenie obecności, proste i bezpośrednie – Mnie namalujArtysta wspomina, jak jakiś czas temu zadzwonił do niego prof. Jarosław Modzelewski z zaproszeniem do udziału w projekcie. – To jest mój pierwszy malowany na poważnie obraz religijny – mówi. – Zawsze miałem zamiar taki namalować, ale ciągle myślałem: może jeszcze jest za wcześnie, jeszcze nie wiem jak… Zaproszenie, które otrzymałem, bardzo mi pomogło. Dzięki niemu Jezus dał mi jasno do zrozumienia, że chce, żebym Go namalował. Co jeszcze mógłby więcej zrobić, by mnie do tego przekonać? W istocie malarz – o czym prof. Modzelewski nie mógł wiedzieć – był świetnie przygotowany do podjęcia takiego wyzwania. Przesłaniem s. Faustyny zaczął się interesować na długo przed zaproszeniem do udziału w projekcie. „Dzienniczek” zgłębia od przełomu XX i XXI wieku. Odmawiał także Koronkę do Bożego Miłosierdzia na antenie Radia Rodzina. Swego czasu oglądał znajdujący się we wrocławskim klasztorze Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia pierwszy obraz Miłosierdzia Bożego autorstwa Adolfa Hyły – wizerunek Jezusa ukazanego na tle łąki. Od dawna zbierał reprodukcje różnych wersji obrazu. Choć nie malował dzieł religijnych, to w jego pracach obecne są postaci ludzkie – w specyficznej stylistyce, umieszczone w scenach nawiązujących do minionych lat. Twórczość W. Głogowskiego to osobny temat, ale niewątpliwie artystyczne poszukiwania ułatwiły mu nowe spojrzenie na wizję św. Faustyny. Wystawiał swe dzieła głównie w Krakowie – związał się między innymi z galerią „Zderzak”, jest współzałożycielem „Otwartej pracowni”. – Pamiętam, że s. Faustyna stwierdziła, iż obraz Kazimirowskiego nie jest dobry, ale „wystarczająco dobry” – na tyle, by być „skuteczny”. Spełnia swoją funkcję, przekazuje przesłanie miłosierdzia – wyjaśnia. – Chciałbym, żeby mój obraz był przynajmniej „wystarczająco dobry”, by nadawał się do tego, do czego jest przeznaczony. Ludzie, którzy się z nim zetkną, nie muszą się znać na malarstwie. Oni przyjdą do kościoła ze swoimi problemami, decyzjami do podjęcia. Ważne, by nawiązywali relację z Jezusem. To sprawa między Nim a nimi. Jezus, jeśli będzie chciał, może się posłużyć tym wizerunkiem. Ważne, by mój obraz w tym nie przeszkadzał. Choć oczywiście każdy z malarzy biorących udział w projekcie stara się namalować jak najlepsze Bach nie miał etatuNowe spojrzenie na obraz Miłosierdzia Bożego to początek szerszego projektu „Namalować katolicyzm na nowo”, którego pomysłodawcą jest Dariusz Karłowicz, współzałożyciel Teologii Politycznej, prezes Fundacji Świętego Mikołaja, filozof. – Mamy poczucie, że stoimy w obliczu ogromnego kryzysu malarstwa w Kościele katolickim, z chlubnymi wyjątkami, ale jednak wyjątkami – mówi, tłumacząc genezę pomysłu. Zauważa, że ludzie w poszukiwaniu inspiracji duchowych, intelektualnych raczej zwracają się ku przeszłości – nie znajdują żywej obecności chrześcijaństwa w sztuce obecnie powstającej. To groźne. – Jeśli nie będzie chrześcijańskiej kultury, nie będziemy mieli języka zdolnego mówić o śmierci i zmartwychwstaniu Chrystusa… W wyobraźni zbiorowej trudno dzisiaj o jakieś współczesne obrazy tego, co najważniejsze. Jestem przekonany, że każde pokolenie chrześcijan musi przetłumaczyć Pismo Święte na nowo i te najważniejsze prawdy wcielić w język swojej kultury. Uważa, że brak ten jest winą przede wszystkim Kościoła, który zaniechał mecenatu, zaniedbuje obowiązki wobec kultury. – Dla sztuki kluczowe są zamówienia. Nie ma zamówień, nie ma sztuki. Bach nie napisałby ani jednej ze swoich cudownych kantat, gdyby nie miał etatu – zauważa. Dariusz Karłowicz nie chce narzekać. – Zamiast udowadniać, że się nie da, działamy – mówi. Zaprosił grono znamienitych malarzy do zmierzenia się z tematem Miłosierdzia Bożego. Pomagali mu w tym prof. Jarosław Modzelewski (artysta, pedagog) i Dorota Lekka (doktor teologii i historyk sztuki). Wśród osób zaangażowanych w przedsięwzięcie wymienia między innymi Izabelę Rutkowską (doktor nauk humanistycznych, językoznawca, badacz języka, jakim posługiwała się św. Faustyna), a także biskupa Jacka Grzybowskiego, biskupa pomocniczego diecezji warszawsko-praskiej. – W projekcie biorą udział „pierwsze pędzle Rzeczpospolitej” – podkreśla. Obrazy malarzy są już gotowe, a zostaną zaprezentowania na wystawie, która zostanie zorganizowana prawdopodobnie w bieżącym roku. Oblicze Pana Jezusa Całun z Manoppello jest uważany za oryginał chusty św. Weroniki lub za chustę, którą (zgodnie z opisem ewangelicznym) owinięto głowę Jezusa z Nazaretu po ukrzyżowaniu Katarzyna Buganik /Foto Gość Msza św., a po niej adoracja Najświętszego Sakramentu i kontemplacja wizerunku Oblicza Pana Jezusa na chuście z Manoppello oraz namaszczenie olejem egzorcyzmowanym z modlitwą o uzdrowienie odbyły się 22 marca w sanktuarium Miłosierdzia Bożego w Świebodzinie. Podczas nabożeństwa modlono się za wstawiennictwem św. o. Pio o uwolnienie od fizycznych i duchowych zranień oraz od grzechu. Było także błogosławieństwo Najświętszym Sakramentem. Wierni mogli nie tylko kontemplować, ale także dotknąć wizerunku Jezusa utrwalonego na chuście z Manoppello. – Chusta, która znajduje się w naszym sanktuarium, została pobłogosławiona przy oryginalnej chuście z Manoppello, ukazującej Oblicze Pana Jezusa w momencie zmartwychwstania. Ojciec Pio zachęca nas do wpatrywania się w Jezusa, do kontemplowania Jego miłości, Jego twarzy. On sam, kiedy otrzymywał stygmaty, wpatrywał się w to umęczone Oblicze Chrystusa. My również chcemy wpatrywać się w Jezusa i czerpać od Niego siłę i miłość. Ciągle uczyć się miłości, która jest miłością do końca, ofiarowaną człowiekowi – wyjaśnił ks. Marcin Marciniak. Wieczór modlitwy i obecność relikwii o. Pio, a także chusty z Manoppello to dla wielu osób głębokie przeżycie. – Każde spotkanie z o. Pio to niesamowite uduchowienie i oderwanie się od rzeczywistości. Dzisiejsze spotkanie jest dla mnie bardzo ważne. Chętnie przychodzę co miesiąc na tę modlitwę, bo jest spokojna, cicha i piękna. Kontemplacja wizerunku Pana Jezusa to niezwykłe wydarzenie – powiedziała Teresa Toczek. – Widziałam oryginalną chustę w Manoppello, to było dla mnie duże przeżycie. Dziś kontemplujemy jej kopię w naszym sanktuarium, to niezwykłe przygotowanie do Triduum Paschalnego i Wielkanocy. Dziś dziękuję Bogu za wszystko i modlę się w osobistych intencjach – dodała Hanna Sergiew. Całun z Manoppello jest uważany za oryginał chusty św. Weroniki lub za chustę, którą (zgodnie z opisem ewangelicznym) owinięto głowę Jezusa z Nazaretu po ukrzyżowaniu. Chusta z Manoppello jest tkaniną (bisior) o wymiarach 17 cm (szerokość) na 24 cm (długość), która od 1638 roku przechowywana i wystawiana jest w kapucyńskim kościele Santuario di Volto Santo w obustronnie oszklonej monstrancji. « ‹ 1 › » oceń artykuł MARIUSZ NOWIK: Według tradycji Całun Turyński to płótno, którym okryto ciało Jezusa złożone w grobie. Wizerunek Chrystusa miał się na nim odcisnąć w jakiś tajemniczy sposób. Wytłumaczenie tego zjawiska z punktu religijnego przychodzi łatwo. Co o tym mówi nauka? PROF. IDZI PANIC: Nauka na ten temat wypowiada się bardzo ostrożnie. Z prostego powodu - nikt nie był przy zmartwychwstaniu. Jeśli mielibyśmy ściśle identyfikować Całun Turyński z postacią Jezusa, musielibyśmy najpierw mieć wiarygodnego świadka. Nie wiadomo jednak, co wydarzyło się w grobie. Ewangeliści opisują, że kiedy rano kobiety przyszły do grobu, ten był pusty. Nie ma fizycznego dowodu na to, że Jezus w tym płótnie leżał i to płótno opuścił. To jedna strona medalu. Ale jest też druga. Wiadomo, że na całunie odbite są ślady ukrzyżowanego człowieka. Człowieka martwego. Skąd wiadomo, że był martwy? Bo na całunie są ślady płynów surowiczych, takich jakie wydziela organizm w krótkim czasie po śmierci. Patolodzy badający płótno jednoznacznie stwierdzili, że są tam pozostałości płynów organicznych, ale nie ma jakichkolwiek śladów rozkładu. Oznacza to, że człowiek ten w leżał w całunie nie więcej niż jakieś 30-36 godzin. Ale to nie wszystko. Specjaliści z amerykańskiej grupy badawczej Shroud of Turin Research Project dowiedli, że na całunie nie ma śladów tak zwanego przesunięcia. Kiedy ktoś ściągałby okrycie z leżącego człowieka, świeże ślady krwi na okryciu musiałyby ulec wydłużeniu. To tak jak z opatrunkiem na skaleczonym palcu. Gdybyśmy obejrzeli ściągnięty z palca opatrunek pod mikroskopem, na zakrzepłej krwi zauważylibyśmy kierunek ruchu. Tymczasem tam tego nie ma, obraz jest bezkierunkowy. Agencja Gazeta / Fot. Dawid Chalimoniuk Agencja Gazeta Poza tym wizerunek na płótnie jest termostabilny. Całun przetrwał kilka pożarów i wpływ bardzo wysokich temperatur. Gdyby obraz postaci był namalowany farbami, musiałby ulec degradacji. A on nadal wygląda tak samo. Co więcej, badania wykazały, że wizerunek jest nieprawdopodobnie płytki, ma mniej więcej 40-42 mikrony. Jest jak współczesna fotografia, jak obraz wykonany laserem. Nie dałoby się namalować go farbami w taki sposób, by barwnik nie wniknęła w głąb płótna. Szczególnie używając średniowiecznych technik. Pojawiają się jednak opinie, że to Leonardo da Vinci sfałszował Całun Turyński. Tak twierdzi amerykańska artystka Lillian Schwartz, która przekonuje, że da Vinci odbił na płótnie swój wizerunek, używając do tego światłoczułego siarczanu srebra. Nie zgadza się w tym jeden podstawowy fakt. Płótno znane jako Całun Turyński pojawia się w wiarygodnych źródłach z Europy Łacińskiej 100 lat wcześniej, nim urodził się Leonardo da Vinci. Słyszałem też ostatnio, że Całun Turyński miał namalować Giotto di Bondone. Otóż wizerunek na płótnie nie ma śladów ruchu, który zdradziłby jego twórcę. Jeżeli coś piszemy lub malujemy, musimy wykonać ruch w jakimś kierunku. A na całunie brak tego odwzorowania. Może w takim razie wizerunek Jezusa odciśnięto pod wpływem wysokiej temperatury? Widziałem w jednym z programów telewizyjnych taki eksperyment - rozgrzany metalowy posąg owinięto płótnem, na którym pojawiło się odbicie szczegółów rzeźby. Jest taka teoria, bardzo interesująca. Nazywam ją teorią żelazka. Niektórzy jej zwolennicy posuwają się nawet do twierdzeń, że jakiegoś człowieka umęczono na wzór Jezusa, zabito, po czym owinięto płótnem i "obrobiono" przy pomocy wysokiej temperatury. Problem polega na tym, że całun jest materią, która musiałaby zareagować na gorąco. Niech pan weźmie swoją białą koszulę, przytknie do niej rozgrzane żelazko i odczeka chwilę. Wierzchnia warstwa płótna się przypali. Tymczasem materia całunu nie uległa takiej reakcji, wykazały to badania. Poza tym - proszę sobie wyobrazić, że prasuje pan po nierównej powierzchni, jaką jest ludzkie ciało. Na płótnie powstaną fałdy. Tam czegoś takiego nie ma. Ten obraz jest trójwymiarowy, postać jest przedstawiona z ogromną dokładnością medyczną. Widać nie tylko wybroczyny płynów ustrojowych, ale także rany, jakie zadano temu człowiekowi. Był torturowany, doświadczył niewyobrażalnego cierpienia. Miał połamany nos, popękane kości jarzmowe. A co pokazały wyniki badań śladów krwi? Obecność krwi potwierdzono całkiem niedawno. Wiemy już, że człowiek, którego okryto płótnem, miał grupę krwi AB. Co ważne, przed kilkunastu laty wykonano obraz genetyczny śladów krwi i okazało się, że jej rozpad wskazuje na wiek mniej więcej 1,9 tys. lat. Ale w trakcie badań udało się ustalić coś jeszcze. Tam, gdzie są plamy krwi czy płynu surowiczego, tam nie ma odbitego wizerunku. Znaczy to, że najpierw na całunie został położony człowiek, potem spłynęły z niego resztki płynu surowiczego, a dopiero potem powstał wizerunek. Nie odwrotnie. To by potwierdzało tezę o zmartwychwstaniu. Albo o wyjątkowo genialnym fałszerzu... Ale tam jest kolejna fenomenalna sprawa. Monety w oczodołach zmarłego, ułożone zgodnie z żydowską tradycją pogrzebową. Żaden średniowieczny fałszerz nie były w stanie ich odwzorować. I to nie przypadkowych monet, bo badania wykazały, że jedną z nich jest lepton bity przez Poncjusza Piłata od 29 roku naszej ery. Jest mało prawdopodobne, by w średniowieczu odtworzono lepton Piłata, nawet jeśli by o takiej monecie wiedziano. Poza tym w żadnym z eksperymentów nie udało się z taką dokładnością odwzorować leptonu na płótnie. Skąd w takim razie wziął się na Całunie Turyńskim? Trudno powiedzieć. Wygląda to tak, jakby obraz postaci ze wszystkimi szczegółami przeniosła na płótno jakaś energia, coś w rodzaju trwającego bardzo krótko wyładowania. Jednak podstawowym zarzutem co do autentyczności Całunu Turyńskiego jest badanie metodą radiowęglową. Datowanie na podstawie rozpadu izotopu węgla C14 dowiodło, że płótno powstało między połową XIII wieku a końcem XIV. Trzy niezależne laboratoria - w Arizonie, Oksfordzie i Zurychu - które prowadziły te badania, wykonały swoją pracę solidnie. Rzeczywiście, każde z nich uzyskało inny wynik, ale ja bym na to nie zwracał zbyt wielkiej uwagi, bo akurat metoda takiego datowania w tym przypadku może nie być zbyt dokładna. Warunkiem uzyskania wiarygodnego wyniku jest dokładne oczyszczenie materiału z naleciałości, które odkładały się na nim przez setki lat. Jeśli tego nie zrobimy, suma badania izotopów może się nałożyć. To by tłumaczyło rozpiętość tych dat. Dziwi mnie w tej sprawie co innego. Shutterstock Pobrana z płótna próbka została podzielona najpierw na dwie połowy, potem jedną z nich dodatkowo podzielono na trzy części - po jednej dla każdego laboratorium. Druga próbka miała pozostać w Turynie i po wykonaniu tamtych badań miała posłużyć do zestawienia z całunem celem weryfikacji wyników i potwierdzenia, że jest oryginalna. Ale człowiek odpowiedzialny wraz z jednym z kanoników turyńskich za dostarczenie tych próbek przekonał kanonika, że on sam przekaże wszystkie próbki do laboratoriów. Co więcej, ani nie dostarczył próbki kontrolnej do badań, ani nie przywiózł jej do Turynu celem weryfikacji. Więc tak naprawdę - z naukowego punktu widzenia - nie wiemy do końca, co te laboratoria badały. Kim był ten człowiek? Włoska prasa podawała, że chodzi o pracownika British Museum. To historyk sztuki, zdeklarowany przeciwnik autentyczności całunu. Dla mnie to zwykła nieuczciwość, nie miał prawa odbierać drugiej próbki, nie miał prawa gdziekolwiek jej zawozić. Takie zachowanie podważa wyniki badań. Ale na przykład prof. Dymitr Kuzniecow, jeden z autorów radzieckiego programu nuklearnego, który wyjechał do USA w 1989 roku, twierdził, że według jego badań izotopowych płótno z Całunu Turyńskiego ma około 2 tys. lat. We włóknach odkryto również pyłki roślinne. Jakie? Max Frei-Sulzer, biolog i kryminolog z Zurichu wyizolował pyłki 58 roślin, przy kilku się pomylił, ale to nie ma wielkiego znaczenia. Ciekawsze jest to, że znalazł tam pyłki halofitów, czyli roślin, które rosną w środowisku słonym, nad Morzem Martwym i kwitną w okresie naszej Wielkanocy, a żydowskiej Paschy. Zbyt dużo zbiegów okoliczności przemawiających przeciwko fałszerstwu. Dużo zbiegów okoliczności i dużo wątpliwości. Chciałbym wrócić do pierwszego pytania. Czy po tylu badaniach nauka potrafi wyjaśnić, jak powstał Całun Turyński? Odpowiedź jest jedna: to jest nie do wyjaśnienia. Każde ze zjawisk odwzorowanych na płótnie możemy wyjaśnić z osobna, ale nie da się wyjaśnić ich występowania jednocześnie. Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL Kup licencję

oblicze pana jezusa z całunu